Przejdź do głównej zawartości

KONRAD REZNOWICZ: "Konrad Reznowicz to prawdziwa postać, nawet jeśli naprawdę nie istnieje"

Dwa miesiące temu na rynku wydawniczym pojawiła się powieść Konrada Reznowicza pt. Pójdziesz ze mną?. Książka niezwykle prowokująca, dająca do myślenia, wzywająca do dyskusji. Dziś publikujemy wywiad z autorem, w którym rozmawiamy o jego książce, ulubionych twórcach i wszystkim innym.

Zapraszamy do lektury!


Oficynka: Dzień dobry Panie Konradzie! Bardzo się cieszę, że będziemy mogli porozmawiać o Pana powieści Pójdziesz ze mną?. Przeczytałam ją w ciągu dwóch wolnych wieczorów i... to nie jest łatwa książka. Może czytelnika albo zafascynować, albo zrazić. Czy pisząc ją, właśnie te dwie emocje chciał Pan wzbudzić w czytelniku?


Konrad Reznowicz: W trakcie pisania w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Bardziej skupiałem się na sobie, na swoich emocjach. Powieść powstała dosyć szybko, pisałem, jak w transie i tak naprawdę dopiero, kiedy powstała, zdałem sobie sprawę, że książka może budzić skrajne emocje, zwłaszcza te negatywne. Nie sądzę jednak, by pisarz miał duży wpływ na to, jak jego powieść będzie odebrana i jakie emocje wzbudzi. Każdy ma inną wrażliwość, na co innego zwraca uwagę, ma też inne oczekiwania, a mają one niebagatelny wpływ na odbiór powieści. Wydaje mi się, że jakakolwiek próba wywołania konkretnych emocji w odbiorcy może mieć ograniczoną lub wręcz żadną skuteczność. Na pewno będę spoglądał z ciekawością na reakcje czytelników. Te dwie wymienione traktuję pozytywnie. Najgorzej byłoby, gdyby ktoś powiedział, że to było mdłe i nie wzbudziło w nim/niej żadnych emocji. Wtedy chyba poszedłbym na drinka i zastanowił się, czy na pewno wiem, co robię (śmiech).

Oficynka: Dlaczego zaczął Pan pisać? To była przemyślana decyzja, czy czysty spontan?

KR: Zacząłem od dziennika, ale po jakimś czasie jego formuła przestawała mi wystarczać. Miałem wtedy trudny okres i odczuwałem sporo negatywnych emocji, z którymi radziłem sobie chyba tylko dzięki pisaniu. Chciałem uciekać w światy alternatywne, w których nie musiałem żyć tym realnym, swoim życiem. Było to jednocześnie wyzwanie, bo nie miałem do tej pory do czynienia z długą formą, i autoterapia, w której udało mi się przekierować emocje na twórczy szał. Do dziś nie wiem czy fabuła Pójdziesz ze mną? jest bardziej wytworem mojej wyobraźni, czy efektem zamętu w mojej głowie, więc raczej spontan, ale wynikający z weltschmerzu.

Oficynka: Powiedział Pan, że pisanie było formą autoterapii, a co zatem zadecydowało, że postanowił Pan podzielić się swoją opowieścią z innymi?

KR: Jak większość pisarzy, jestem próżny. Po napisaniu powieści miałem wewnętrzne przekonanie, że to zainteresuje ludzi, że w Konradzie odnajdą cząstkę siebie i swoich doświadczeń. Przecież wszystko, co w tej książce jest, dzieje się wokół nas. Depresja, uzależnienia, nihilizm, rozpusta. Nie chciałem tych stanów piętnować ani gloryfikować. Chciałem je pokazać takimi, jakie są, a może nawet bardziej takimi, jak ja je widzę.

Oficynka: Jak długo pracował Pan nad powieścią?

KR: Krótko. Nie piszę może tak szybko, jak Remigiusz Mróz, ale Pójdziesz ze mną? powstało w ciągu sześciu tygodni. I była to wersja, którą, nie licząc redakcji i korekty, czytelnicy znajdą na półkach. Nie zmieniłem już później fabuły powieści.

Oficynka: Czy jest Pan miłośnikiem twórczości Charlesa Bukowskiego? 

KR: Tak, zdecydowanie. Bukowski to jedna z moich największych inspiracji. Nigdy nie zgadzałem się z lekceważącymi opiniami na temat jego twórczości, której przypisywano łatkę prostackiej i grafomańskiej. Ujął mnie tym, że nigdy nie silił się na polerowanie rzeczywistości, pokazywał ją tak, jak sam ją postrzegał, posługując się językiem, którego sam używał na co dzień. Był prawdziwy, do bólu prawdziwy, czego dziś bardzo brakuje, także w literackim światku. Próżno szukać dziś kogoś, kto pisze z takim polotem, łącząc dowcip z bezwzględną oceną otaczającego go świata. Jego pisarstwo było szaleństwem, a jednocześnie pozostawało jedyną normalną rzeczą, której oddał całe swoje dorosłe życie. Z pewnością miał na mnie ogromny wpływ, być może największy.

Oficynka: O Bukowskiego zapytałam nie bez powodu. Chociażby dlatego, że główny bohater jego książek to tak naprawdę on sam. Czy u Pana jest podobnie? Czy główny bohater Pana powieści to tak naprawdę... Pan?

KR: Konrad Reznowicz to prawdziwa postać, nawet jeśli naprawdę nie istnieje. 

Oficynka: Czy poza Bukowskim ceni sobie Pan twórczość innego autora/innej autorki?

KR: Jestem wielkim fanem literatury amerykańskiej. Absolutnym mistrzem jest dla mnie Philip Roth i do dziś nie rozumiem, dlaczego nie dostał Nagrody Nobla. Nie żeby był mu do czegoś potrzebny, i tak był wybitny, ale na pewno dodałoby mu to trochę blasku w oczach czytelników z całego świata, a jego proza trafiłaby do szerszego grona ludzi. Cenię także Cormaca McCarthy'ego, całe środowisko beatników (Kerouaca, Burroughsa czy Ginsberga), klasyków - Faulknera, Dostojewskiego i Gonczarowa, a z polskich autorów, na pewno Gombrowicza, Zagajewskiego czy Marka Hłaskę. Często wracam do twórczości Brat Pack czyli mało znanych w Polsce pisarzy takich, jak Bret Easton Ellis, Jay McInerney czy Donna Tartt. 

Oficynka: Czy zanim książka trafiła do wydawnictwa, ktoś jeszcze ją przeczytał? Czy jednak pisał Pan Pójdziesz ze mną? w tajemnicy przed bliskimi?

KR: Pamiętam minę mojej ówczesnej partnerki, kiedy przyniosłem jej maszynopis (śmiech). Nikt o niczym nie wiedział, a ja jakoś nie paliłem się do tego, żeby o tym opowiadać. Uchyliłem rąbka tajemnicy dopiero, kiedy tekst był już gotowy, ale niewielkiemu gronu osób.

Oficynka: Trudno było pisać powieść w tajemnicy przed bliskimi?

KR: Najtrudniejsze w tym wszystkim było to, że nie chciałem dzielić się z nikim swoimi refleksjami i pomysłami na fabułę. Miałem w głowie gonitwę myśli, kiedy nie pisałem, cały czas myślałem o pisaniu. Poświęciłem się tej książce w całości, a prawda jest taka, że pisanie jest zazdrosne o każdą chwilę, również tę, którą mogłem poświęcić bliskim. Był to więc dość burzliwy, ale samotny okres. 

Oficynka: Jakim bohaterem jest Konrad? 

KR: Całkowicie pogubionym. Ma zaburzony obraz intymności i bliskości z kobietami. Nie potrafi zbudować trwałej relacji z kimkolwiek, ani uczuciowej, ani przyjacielskiej. Jest zamknięty w sobie, można powiedzieć nawet, że aspołeczny. Izoluje się od wszystkich, ale nawet we własnym towarzystwie nie czuje się dobrze. Wpada w samo napędzającą się spiralę złych decyzji i nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że pędzi do zderzenia ze ścianą. Konrad w pewnym sensie uosabia problemy charakterystyczne dla ludzi z jego pokolenia. Jego losy nie są jakoś szczególnie odmienne od całej rzeszy współczesnych młodych ludzi, wchodzących w dorosłe życie i kompletnie na nie niegotowych. Konrad odrzucił kompas moralny swoich rodziców, uznając go za przestarzały i nieprzystający do jego sytuacji. Jednocześnie jednak nie obrał innego i poniósł tego surowe konsekwencje.

Oficynka: A czy lubi Pan swojego bohatera?

KR: Obiektywnie rzecz biorąc, trudno go lubić, ale mój stosunek do niego jest nieco bardziej zniuansowany, nie dający się zamknąć w prostej dychotomii sympatii/antypatii. W powieści patrzę na świat jego oczami, wyrażam jego uczucia, jestem nim w stu procentach, a jednocześnie mogę na niego spojrzeć z dystansem, niejako z boku, jak osoba postronna. Czyż to nie wspaniałe? Chyba tylko literatura umożliwia takie doznania. I tu znowu wrócę do samego procesu pisania, o którym już nieco wspominałem. Kiedy piszę, czuję się tak, jakbym towarzyszył bohaterom w każdej ze scen przedstawionych w książce. Widzę ich twarze, czuję ich napięcie, słyszę ich słowa, zupełnie tak, jakbym tam był. Z Konradem, dodatkowo, było tak, że patrzyłem na wszystko jego oczami, czułem jego emocje i czytałem jego myśli. To on mnie prowadził, a jednocześnie ja prowadziłem jego. "To skomplikowane" - kiedyś był taki status na Facebooku. I chyba najpełniej opisuje on mój stosunek do Konrada.

Oficynka: Czy pisał Pan wcześniej do szuflady, czy Pójdziesz ze mną? to jest taki debiut-debiut.

KR: Absolutny debiut. Wcześniej nigdy nie miałem do czynienia z długą formą, a do szuflady nie pisałem, poza wspomnianym już dziennikiem. Sam jestem zaskoczony tym, że już za pierwszym razem przybrało to formę powieści, którą udało się napisać tak szybko i bez większych ingerencji w fabułę na etapie prac redakcyjnych. Ale to zasługa tego specyficznego transu, w jaki wpadłem. Pewnie gdybym wszystko planował i rozpisał sobie dokładną strukturę, a dopiero potem zaczął pisać, nic by z tego nie wyszło.

Oficynka: Czy dostaje Pan już jakiś feedback od czytelników w temacie książki?

KR: Niektórzy piszą do mnie na instagramie i opinie są dość skrajne i takich też spodziewam się recenzji. Kilkanaście już z resztą się ukazało. Średnia ocen na znanym czytelniczym portalu jest dość niska, oscyluje wokół 5/10 gwiazdek, tylko że na tym samym portalu absolutnie wybitny John Coetzee dostaje zaledwie sześć lub siedem. To też coś o nas mówi jako czytelnikach. Nie lubimy książek, których nie rozumiemy, a na wszystko patrzymy w sposób dosłowny i jednowymiarowy. Jesteśmy też w tym jacyś niecierpliwi, lubimy mieć podaną interpretację na tacy i nie przyjmujemy pozytywnie wszelkich zakłóceń wobec przyjętej na początku tezy wywiedzionej głównie z blurba na okładce. Tak też można obcować z literaturą, ale to strasznie ograniczające. Może to wina ściągawek i bryków, dzięki którym większość z nas zaliczała kolejne lektury w podstawówce?

A wracając już do Pójdziesz ze mną?, nie dziwią mnie głosy, że język mojej powieści jest odpychający, sceny seksu zbyt wulgarne, a po lekturze chce się rzygać. To właśnie jest taka książka. Brudna, szkaradna i pełna błota. Bo takie jest życie wielu z nas, dzieci wolności nieskażonych komunizmem, a za to poranionych darwinistycznym kapitalizmem. Władza każdego plemienia, bo dziś nie ma demosu, są plemiona i ich katalog wierzeń, ma nas w dupie, a rodzice biegną za kasą i jakoś dobiec nie mogą. Zostaliśmy sami i efekty widać gołym okiem, ale wszyscy byli odwróceni, trawestując Marka Hłaskę (swoją drogą, miał świetne tytuły swoich powieści). A tym, którzy oczekują wysmakowanej frazy, mogę polecić Javiera Mariasa. Nikt tak nie dba o język, jak on. Wspaniały stylista, przyszły noblista.

Oficynka: Czyli można powiedzieć, że nie jesteśmy przygotowani na taką literaturę? Przytoczony już wcześniej w wywiadzie Charles Bukowski też był kiedyś krytykowany, a dziś jest jednym z autorów, po którego książki sięgają zarówno ci starsi, jak i młodsi. Jak Pan myśli: czy z Pana twórczością może być podobnie?

KR: To się właśnie okaże, czy jesteśmy gotowi. Na razie jeszcze nie mam odpowiedzi, choć zamieszanie z powieściami np. Blanki Lipińskiej pozwala sugerować, że seks jest wciąż tematem tabu i jakiekolwiek wykorzystanie takich wątków budzi kontrowersje. Zwłaszcza, jeśli jest to podane w takiej formie, jak w mojej powieści, przy której książki Lipińskiej to pruderyjne miłostki niespełnionej seksualnie kobiety. Literatura to nieustanne przekraczanie granic, wyciąganie czytelnika ze strefy komfortu. Jeśli ktoś mi napisze, że poczuł się moją książką obrzygany, to znaczy, że treść go szarpnęła, negatywnie, ale jednak. Wzbudziła emocje, spełniła swoją rolę. Najgorszą reakcją byłoby wzruszenie ramion. A co do języka - my tak przecież na co dzień rozmawiamy, używamy przekleństw jako przecinków, seks w sferze języka jest zbrutalizowany i mimowolnie to akceptujemy, a kiedy ktoś użyje tego w książce lub na demonstracji, to udajemy święte oburzenie. Ta hipokryzja staje się u nas drugą religią, zaraz po nienawiści. 

Poza tym, w Polsce katalog tematów tabu jest bardzo długi. Nie zamierzam szokować na siłę, ale też nie będę dokonywał autocenzury. Mam do tego prawo, jako pisarz i jeżeli mam się trzymać jakiejś zasady, to byłaby nią właśnie niczym nieskrępowana wolność twórcza. A odbiorcy mają prawo ocenić efekt mojej pracy tak, jak chcą. Sęk w tym, żeby czytelnik nigdy nie mówił mi, co mam pisać, a ja nie będę czytelnikowi mówił, co ma o mojej książce (lub jakiejkolwiek innej) myśleć. 

A wracając na chwilę do Bukowskiego - ten stary zbereźnik zapewne przewraca się w grobie albo zapija do nieprzytomności w piekle, kiedy widzi przejawy wszechobecnej poprawności politycznej we współczesnej kulturze. Jakby do tego dodać jeszcze purytańską mentalność, to mamy wybuchową dawkę. Stawiam tezę, że gdyby Bukowski dziś miał zaczynać, to nikt nie chciałby go wydać. W Polsce, bo na Zachodzie puściliby to z łatwością. Mogę się mylić, ale instynktownie zawsze mieliśmy problem z zaakceptowaniem odważnych tekstów. Łatwiej przypiąć etykietkę, że grafoman i uznać, że takie czy inne pisanie nie stanowi żadnej wartości dodanej.

Oficynka: Zatem pierwsza książka już jest napisana. Opinie powoli spływają. I co dalej? Pisze Pan kolejną powieść? Czy jej bohaterem również będzie Konrad?

KR: Przypomniała mi się taka plansza wyświetlana na końcu większości filmów o agencie 007, że "James Bond powróci". Konrad też powróci. Wiem, bo sam pisałem.

Oficynka: Czy poza kolejną powieścią, której bohaterem będzie Konrad, planuje Pan napisać coś zupełnie innego? 

KR: Pomysłów na pewno mi nie brakuje, ale chciałbym chwilę odpocząć po skończeniu drugiej powieści. Sporo mnie  kosztowała, zwłaszcza psychicznie, dlatego ostatnio trochę się wyłączyłem, również w mediach społecznościowych. Jeśli Pójdziesz ze mną? wywołuje smutek i przygnębienie, a pojawiają się takie głosy w wiadomościach od czytelników, to nie wiem, co powiedzieć o kontynuacji. Weselej nie będzie. Ale może w kolejnej? Nie wykluczam wypłynięcia na zupełnie nieznane mi wody. Kręcą mnie klimaty noir...

Oficynka: Wyłączenie się z mediów społecznościowych to całkiem dobra opcja. Czyli jest druga powieść. Bardzo mnie to cieszy. Powieść noir też brzmi dobrze. A o czym marzy dziś Konrad Reznowicz - autor? 

KR: Najchętniej rzuciłbym wszystko i przeprowadził się do Venice w Los Angeles. W upalne dni pisałbym zdemoralizowane powieści o dogłębnie zepsutych ludziach, a wieczorami popijałbym Jacka Danielsa, patrzył w ocean i wkurzał się, gdy wrzeszczące mewy zagłuszałyby nokturny Chopina grane przez Maurizio Polliniego. Tak... tak to właśnie widzę.

Oficynka: Zatem Panie Konradzie życzę, aby te marzenia się spełniły! Serdecznie dziękuję za ciekawą rozmowę i trzymam kciuki za kolejne książki! 

KR: Dziękuję. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dawno, dawno temu w zawsze inspirującym Gdańsku powstała Oficynka!

Był czerwiec 2010 roku. Z drżeniem serca oczekiwaliśmy transportu naszych pierwszych trzech książek z drukarni. W małym mieszkanku, w minimalnym zespole snuliśmy dalekosiężne plany. Nie sięgaliśmy jeszcze tak daleko, jak „za dziesięć lat”, ale wiedzieliśmy, że wydawnictwo zostanie z nami na zawsze. Tak jak książki, które stanowią centrum naszego wszechświata. I stało się – 23 czerwca premiery miały „Szepty” Marka Adamkowicza , „ Etnolog w Mieście Grzechu ” Mariusza Czubaja i antologia opowiadań kryminalnych pod znamiennym tytułem „ Mogliby w końcu kogoś zabić” , autorstwa Jacka Skowrońskiego, Piotra Schmandta, Katarzyny Rogińskiej, Ewy Ostrowskiej, Adrianny Ewy Stawskiej, Katarzyny Gacek, Łukasza Śmigla, Agnieszki Szczepańskiej, Artura Górskiego i Piotra Rowickiego.   Te trzy tytuły określały jednocześnie trzon naszych zainteresowań wydawniczych: ambitna proza, dobry kryminał i naukowa refleksja nad nim. Wtedy były to trochę szalone założenia. Popularność kryminału b

Promocja oficynkowych ebooków w ebookpoint.pl od 01.05.2020 do 07.05.2020

Majówkowa promocja w ebookpoint.pl  https://ebookpoint.pl/promocja/8571

A tymczasem na Woblinku trwa dobra promocja...